Yaroslav Shemet & Jakub Staszel w Filharmonii Śląskiej

Yaroslav Shemet zaproponował razem z Orkiestrą Filharmonii Śląskiej wieczór muzyki polskiej. Zarówno Odwieczne pieśni Mieczysława Karłowicza jak i II Koncert skrzypcowy d-moll Henryka Wieniawskiego należą do dzieł znanych i lubianych, natomiast I Symfonia e-moll Grzegorza Fitelberga stanowiła tutaj pewne curiosum.

Muszę przyznać że nie przepadam za symfoniką Karłowicza. Zawsze wydawała mi się ciężka, monotonna i wtórna, a nie pomaga też fakt, że każdy jego dojrzałych (?) poematów symfonicznych podbudowany jest jeszcze nieznośnie nadętym i pretensjonalnym programem. Nie inaczej jest też w przypadku tego dzieła – poszczególne jego ogniwa to Pieśń o wiekuistej tęsknocie, Pieśń o miłości i śmierci oraz Pieśń o wszechbycie, a wszystkiemu patronuje dwóch Richardów. Muszę jednak przyznać, że w tym przypadku wykonanie było znacznie bardziej interesujące niż sam utwór. W interpretacji Shemeta było napięcie, potoczystość, energia i klarowność, a orkiestra z zapałem reagowała na wskazówki swojego szefa. Nie było tu żadnego grzęźnięcia w nastrojach, nic się nie dłużyło, a kulminacje były budowane plastycznie i z rozmachem. Świetny kwintet, świetne drzewo, świetna blacha!

Partię solową w Koncercie Wieniawskiego zagrał Jakub Staszel, rocznik 2003. Grał technicznie bardzo dobrze, swobodnie, zawadiacko, ze swadą i energią. Miał też ciepły i ekspresyjny ton, a jego grę odbierało się z przyjemnością. Słuchał też uważnie muzyków orkiestry i wchodził z nimi w ciekawe interakcje – świetnie wypadł dialog z fletem w cygańskim finale, który był chyba najlepszy z całego koncertu. Jedynym mankamentem gry Staszela była wibracja, stosowana przez niego w zbyt dużych dawkach. Realizacja partii orkiestry pod batutą Shemeta nie pozostawiała nic do życzenia – była energiczna, przejrzysta, drapieżna i sugestywna. Tempa były od początku do końca wartkie, poziom napięcia wysoki, a radość ze wspólnego muzykowania wyraźnie wyczuwalna.

Co do Symfonii Fitelberga… Znam już jej nagranie pod batutą Łukasza Borowicza, o którym zresztą pisałem (link TUTAJ). Nie jest to w żadnym wypadku arcydzieło, a raczej pierwszorzędne wypracowanie drugorzędnego kompozytora, który chciał pochwalić się tym ile udało mu się nauczyć od Czajkowskiego i dwóch Richardów. To muzyka kontekstu. Dopiero porównując dziełko Fitelberga z kompozycjami twórców urodzonych w tej samej dekadzie – Ravela, Respighiego czy Schönberga – można docenić jak nowoczesną muzykę pisali tamci twórcy. U Fitelberga wiele jest komunałów – harfa w zakończeniu drugiego, komicznie melodramatycznego ogniwa czy fragmenty Scherza, które brzmią niemalże jak cytat z marsza Juliusa Fučíka. Także tutaj, podobnie jak w przypadku Karłowicza, Shemet pokazał ile potencjału i napięcia można wydobyć z tej muzyki. Było to wykonanie nie tylko szybsze od tego Borowicza, ale także znacznie bardziej zniuansowane pod względem agogicznym i dynamicznym (zwłaszcza w blasze), a także lżejsze i bardziej przejrzyste. A więc ciekawa interpretacja versus niezbyt porywające odczytanie – tak można podsumować różnicę pomiędzy katowickim wykonaniem a powszechnie dostępnym nagraniem. Dobrze jednak, że nawet tak mało znany utwór można porównać w kilku różniących się od siebie, wyrazistych wersjach. Mam apetyt na więcej polskiej symfoniki w wykonaniu Shemeta – na późne symfonie Nowowiejskiego, poematy Morawskiego czy na Palestra. Mam nadzieję że i na nie przyjdzie czas.

 

foto. Katol Fatyga

 

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.